2 279 albums in the store 88% albums available in stock 27 377 samples of tracks 12 129 completed orders 2 808 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...
Brzmienia zakorzenione w estetyce industrialnej splatają się tutaj z tymi czerpanymi wprost z natury; muzyczny efekt podobny jest rezultatowi eksperymentu, w którym w obrazach Arnolda Bocklina ktoś zastąpiłby postacie ludzi i faunów sylwetkami omszałych robotów i zardzewiałych części zagadkowych, nie widywanych nigdzie maszyn. Tak brzmi symbolistyczny krautrock XXI. wieku. Niniejszy album wydaje się momentami mieć więcej wspólnego z niektórymi nagraniami Richarda Pinhasa albo Future Sound Of London aniżeli z muzyką sygnowaną przez Biosphere, ale miłośnicy nastrojów i barw Geira Jenssena na pewno nie będą zawiedzeni.
Album otwierają pogodne, gruboliściaste dźwięki kojarzące się z muzyką Cluster albo Briana Eno. Po czterech minutach muzyka cichnie, wygasa, pozostawiając na planie dźwiękowym jedynie odgłosy natury z przetworzonym do kształtu swoistego riffu poszczekiwaniem psów. Na takim tle zaczyna rozgrywać się treść kolejnej impresji, osadzonej na zamglonym podkładzie perkusyjnym i rozmaitych elektronicznych wysączeniach, z pozoru niebywale statycznych, a przecież podlegających nieustannym ambientalnym ewolucjom. Mechaniczna repetytywność motywów brzmiących na pozór w ogóle nie elektronicznie, nie "nowocześnie", stanowi ogromny atut tej mesmeryzującej płyty. Wydaje się, że takimi głosami snuje swe kolejne opowieści sama natura; elementy czysto muzyczne nie przesuwają się na pierwszy plan, tylko otaczają samoczynnie rozwijające się dźwiękowe opowieści swoistą ramą, przygotowują przestrzeń nie kontrolowanym już następnie tonalnym wydarzeniom. Sporo wspólnego ma płyta Dropsonde z albumem IssnessFuture Sound Of London - podobnie splatają się tutaj brzmienia zakorzenione w estetyce industrialnej z tymi czerpanymi wprost z natury; muzyczny efekt podobny jest rezultatowi eksperymentu, w którym w obrazach Arnolda Bocklina ktoś zastąpiłby postacie ludzi i faunów sylwetkami omszałych robotów i zardzewiałych części zagadkowych, nie widywanych nigdzie maszyn. W czwartym utworze śmiałe połączenie tak różnorakich elementów znów okazuje się wyjątkowo udane: mamy tu wysoce zmechanizowaną perkusję, z samego brzmienia nie kojarzącą się jednak z muzyką elektroniczną, do tego głębokie pokłady syntezatorowych akordów i coś w rodzaju basowego pizziccata jako poboczne akcenty rytmiczne. Tak brzmi symbolistyczny krautrock XXI. wieku. Niniejszy album wydaje się momentami mieć więcej wspólnego z niektórymi nagraniami Richarda Pinhasa albo wspominanego już Future Sound Of London aniżeli z muzyką sygnowaną przez Biosphere, ale miłośnicy tego projektu na pewno nie będą zawiedzeni: sposób budowania nastroju, ton, w jakim snute są kolejne oniryczne opowieści oraz barwy, w jakich wszystkie muzyczne zdarzenia rozgrywają się przed odbiorcą mogą być jednie owocem wrażliwości Geira Jenssena.