2 279 albums in the store 88% albums available in stock 27 377 samples of tracks 12 129 completed orders 2 808 satisfied customers from:
Australia, Belgium, Canada, Czech Republic, Denmark, Estonia, Finland, France, Germany, Great Britain, Spain, Greece, Holland, Hungary, Israel, Kazakhstan, Korea, Lithuania, Norway, Italy, USA, Switzerland, Slovakia, Portugal, Russia , Sweden ...
Bardziej oszczędne aranżacje, perfekcyjnie uszyty nastrój, zwartość materiału, stylistyczna jednolitość, momentami mroczniejszy klimat niż na poprzednich krążkach i dużo ciekawiej i w tekstach i w a to spokojnej, falującej zefirkiem a to
pompatycznej, rozpierającej mocą wichru muzyce. Brzmienie keyboardów jest bardziej nowoczesne, z ciekawym
wykorzystaniem echa, krystalicznie czystsze i płomienne niż na Friends of Mr. Cairo czy Short
Stories.
Atmosfera którą razem wytwarzają jest niezaprzeczalnie wspaniała na tej najbardziej romantycznej płycie w
ich dorobku.
Jest tu tak jak w tekście słodka muzyka ma uzdrawiającą moc. Cudowny głos, liryki i niesamowita muzyka
tworzą niepowtarzalną magię, której nie udało się już odtworzyć ani podczas niedokończonej sesji w 1986
roku ani na wydanej w 1991 roku płycie Page Of Life.
To arcydzieło nastroju.
Rok 1983 był dla Andersona wielce znaczący. Oprócz tego krążka współpraca z Oldfieldem na Crises a przede wszystkim niesamowicie elektryzujący powrót Yes w nowej, zaskakującej oprawie czyli "i>90125. Głos Andersona może niektórych irytować ale dla mnie to ewenement - idealnie nadaje się do kreacji klimatów generowanych przez keyboardy co przekłada się na udział jego w projektach nie tylko Vangelisa ale też Oldfielda, Tangerine Dream i Kitaro. (Ciekawostka - Anderson poznał Kitaro dzięki... Vangelisowi, który
zabrał go na jego koncert w LA, a potem poznał obu panów za kulisami - podczas trasy koncertowej do płyty
Dream zdarzało się Kitaro i Jonowi Andersonowi zagrać covery z płyt duetu). Tutaj Anderson wznosi się na wyżyny. Głos Jona jest tak giętki że swobodnie przechodzi od wielkich emocji wzmocnionych orkiestrowymi brzmieniami po intymne i osobiste śpiewanie na tle delikatnych dźwięków.
Tytuł płyty odnosił się do tego że był ten materiał ich prywatną rzeczą, robioną bez publiczności. Jak
wiadomo Vangelis to przekorna dusza i jak mówił nie robi dwa razy tego samego - wszystko co robi jest
spontaniczne i jest improwizacją nie lubi być kontrolowany, ograniczany i żeby stawiano mu jakieś
oczekiwania. A takie mu właśnie Polydor postawił - wydać płytę do filmu Blade Runner. Vangelis odmówił.
Wściekli dysydenci zdecydowali jako odwet nie promować płyty Private Collection. I tak mimo że większość
kompozycji (poza Italian Song i Horizon) ukazała się na singlach, ze słabym wsparciem ze strony wytwórni
nie zdobyła list przebojów tak jak i sam album, który nie okazał się komercyjnym sukcesem ale był wszak
bez kampanii reklamowej wydany chociażby na rynku amerykańskim. Dla kolekcjonerów single są cenne gdyż
niektóre wersje zawierają na stronie B piosenkę z tej samej sesji tyle ze nie zawartą na longplayu czyli
Love Is (odsyłam do bootlega High In The Sky.Rare And Alternative Tracks). Ciekawa jest też okładka -
dość intrygujące zdjęcie w formie graficznej (otoczone symetrycznymi liniami, krój czcionki)
przypominającej pierwotną wersję okładki do Friends Of Mr Cairo. Czyżby oznaczenie kontynuacji?
ITALIAN SONG - zimne dźwięki i głos Andersona równie mroźny w swej czystości, edytowany pogłosem niczym w lodowej jaskini, układają się w piękną, króciutką ni to kołysankę ni to bożonarodzeniową kolędę.
Muzycznie praktycznie bez zmian aż do 1.42 gdzie Vangelis daje popis tworzenia nastroju piękną solówką
ubarwioną ozdobnikami - znika tu głos Andersona ale powraca wraz z wiodącą melodią w 2.19 by krótko potem
zakończyć tą miniaturkę. Te romantyczne otwarcie płyty Vangelis uznał za na tyle nośne że zamieścił je
wśród nagrań zagranych na koncercie w 1991 w Rotterdamie (Anderson się pojawił ale głos był playbacku).
Bardzo spokojny, prawie majestatyczny kawałek, ze znakomitą kombinacją magicznego głosu i zwiewnych i
płynnych keyboardów. Słowa niezrozumiale - to nie jest angielski a w książecce nie zawarto tekstu. AND WHEN THE NIGHT COMES - spokojny rytm perkusji, trójkąt i powtarzające się wysokie dźwięki z
keyboardu, na to wszystko nachodzi wokal Andersona - to chyba najpiękniejsze odmalowanie nastroju głosem
do muzyki Vangelisa, który jest jakiś taki smutno - zadumany. Muzyka znakomicie zinstrumentalizowana
m.in. smyczkami, przez moment może przeszkadzać wprowadzenie saksofonu, i to w dość ostrym brzmieniu ale
konfrontując to z tekstem owa solówka ma za zadanie trochę rozproszyć ów powabny, czarowny nastrój
roztoczony przez obu panów, zresztą dalsze nie natarczywe dźwięki saksu który kończy tą pieśń łagodnieją
stają się bardziej przystępne i można by rzec kusząco seksowne. Ten zmysłowy sax jest udaną reminiscencją
muzyki z Blade Runner (znowu Dick Morrisey).
Ten prawie ckliwy temat to perełka klimatu i muzyki zarazem. And When the Night Comes, wydaje się być
słodszą, delikatniejszą wersję The Friends of Mr. Cairo. Liryki w bardzo stosowny i delikatny sposób
przedstawiają temat seksu.
Jeszcze raz podkreśliłbym że głos Andersona znakomicie uzupełnia, bogatą aurę tego obrazka malowanego
dźwiękiem przez Vangelisa. DEBORAH - piękny wstęp dla falsetu A na początku, prowadzi tylko fortepian, by po chwili dorzucić lejący
się dźwięk syntezatorów i zestaw ozdobników z wysokimi tonami. Utwór ma dystyngowaną formę niczym
telenowela z wyższych sfer. Ot bardzo ładna piosenka - ciekawostką zdaje się lekko zwokoderowany w pewnym
momencie głos Andersona i śliczna fortepianowa solówka z typowym dla Vangelisa podkładem. Ten kawałek jak dla mnie jest najmniej ciekawy co nie znaczy zły. Utwór jest głęboko poruszający w ciepłym, romantycznym
klimacie. Treściowo ma charakter apostolarny, to odpowiedź na list małej dziewczynki i radowanie się z
obserwacji jak rośnie - właściwie można to odbierać jako hymn na cześć wszystkich milusińskich albo...
ojcowską radość i dumę z własnej pociechy i traktowania jej jako kogoś szczególnego. I znowu znakomicie
dopełniającym interpretację Andersona elementem jest muzyka Vangelisa. POLONAISE minimalistyczna w kwestii dźwiękowej oparta na rytmie na trzy ballada. Muzyka idealnie
podkreśla głos Jona, ale bardziej mu towarzyszy niż wybija się na plan pierwszy, zwraca uwagę
wykorzystanie "widmowych" chórów. Znowu wysokie dźwięki idealnie pasujące do tembru głosu Andersona, i
bardzo emocjonalna przeróbka PolonezaChopina, wzmocniona perkusyjnym crescendo po słowach - usłyszmy i módlmy się. Po owej kulminacji wraca bardzo łagodnie, powolne budowanie nastroju aż do subtelnego
wyciszenia. Głos Jona wiedzie nas na szczyty, Vangelis wtóruje mu najpierw jako tło by potem wysforować
się na równorzędne miejsce aż do wspólnego punktu kulminacyjnego.
To nic innego jak opowieść o odnajdywaniu spokoju i harmonii i niesieniu nadziei. Tekst jak i tytuł
(fonetycznie po francusku - Polakom) w zakamuflowany sposób odnosi się do politycznych wydarzeń w Polsce
w czasie nagrywania płyty, ruchom społecznym przeciw komunistycznemu reżimowi. W jednym z wywiadów
Vangelis przyznał, że mimo że całość to była spontaniczna jak zwykle zabawa, nie potrafili uciec od
wydarzeń na zewnątrz a że byli bardzo poruszeni wydarzeniami w Polsce, nie od strony politycznej ale
czystko ludzkiej stworzyli ten utwór. Jon śpiewa - mamy prawo wybierać, nasze serca nas uwolnią a nic nas
nie złamie póki jesteśmy otwarci, pomóżmy naszym dzieciom używać jej rozsądnie, dla milionów nadejdzie
prawda, zostawmy agresję za sobą a zamieńmy ją Tobą. Owym "Tobą" mniemam ma być Bóg - w tekście roi się
od aluzji religijnych - pojawia się typowe słownictwo z pieśni kościelnych - modlitwa, wiara, chwała,
świętość, światłość. Prawdopodobnie to wynik postrzegania Polski w tamtych czasach poprzez pryzmat
Papieża, jako bastionu chrześcijaństwa za żelazną kurtyną a druga sprawa że Anderson jak już zauważyłem
przy Friends Of Mr Cairo przemyca do swych tekstów sporo elementów wywołujących skojarzenia religijne. Na
tej płycie nie wahał się już ich umieścić wprost ale o tym za chwilę. HE IS SAILING zaskakująco silne brzmienie atakuje nas od samego początku wyeksponowanymi instrumentami
perkusyjnymi. Utwór jest głośny i niesamowicie podkreśla mocny, czysty głos Andersona. Solówki Vangelisa oparto tym razem na keyboardach, wydobywających ciekawe "miauczące" dźwięki wędrujące między kanałami.
Przepiękna ściana dźwięku podczas wokalizy Andersona. Można powiedzieć że to obok ostatniego utworu
najbardziej ambitny muzycznie kawałek, z wielością zmieniających się orkiestracji, ciekawymi,
zmieniającymi się partiami wokalnymi i przeróżnymi efektami perkusyjnymi i energetyzującym rytmem.
Niezwykle ciekawie dzieje się w słowach przynoszących tajemniczo - religijne emblematy, które można
odczytać jako pieśń nadziei na ponowne nadejście Jezusa ale znów nie jesteśmy tego do końca pewni. W
tekście bazuje się na serii aluzji i niedopowiedzeń które nie da się jednoznacznie zinterpretować ale
najbardziej pasuje nam ta opowieść jako dzień sądu ostatecznego z tym że w wersji dla tych co nie
grzeszyli i wypatrywali go z niecierpliwością. Zwraca też uwagę podobieństwo klimatu z tekstem
poprzedniego utworu. HORIZON początek brzmi imponująco jak mroczniejszy klimatem brat bliźniak poprzedniego utworu i przynosi
też skojarzenia z tematem z Bounty. Strumień potężnej muzyki pochłania nas całkowicie. Mocno egzaltowany
głos Andersona pojawia się dopiero w 2.04, wzmacniany głuchymi podgłosami uderzeń talerzy, dającymi
niesamowity efekt - ów podniosły nastrój, prawie patetyczny i z lekką dozą grozy - zostaje wyciszony
sposobem w jaki Anderson powtarza swoisty refren "peace will come" poprzez głos pełen nadziei i wiary, i
pewności że tak będzie i wtedy na zakończenie następuje muzyczna kulminacja, eksplozja bombastycznej
melodii zdaje się ze słyszymy co najmniej 40 osobową orkiestrę, zapierający mi dech w piersiach fragment,
podkład perkusyjny pozostaje ale keyboardy podążają nowym szlakiem, tonując jakby owe szczytowanie.
Następuje repryza początku utworu z ponowną powtórką kulminacji z dodanym biciem dzwonów. Jeśli ten utwór
miał zdyskontować suitę Friends Of Mr Cairo jako najbardziej pamiętaną udaje mu się to znakomicie... do
gwałtownego ucięcia w 9.33. Wolta w melodii i tempie: podkład łagodnieje i wzlatujemy pod chmury nawet
słychać coś jakby chór niebieski - tę solówkę zastępuje potem zadumany, nostalgiczny fortepian zatopiony
w dźwiękach dzwoneczków. Te eteryczne przedstawienie muzycznego ekwiwalentu horyzontu to zarazem wstęp do
nowej historii, bardzo pięknej, balladowej części tej suity. Anderson powraca dopiero około 14 minuty
śpiewając słodko i romantycznie co jeszcze podkreślono echem, tu też refrenem jest że "słodka muzyka i
twe tajemne serce, oba mają uzdrawiającą łaskę" co koreluje z dźwiękami pojawiającymi się podczas tego
tekstu... następnie Vangelis zrywa melodię basowymi pomrukami i tak często później wykorzystywanym
efektem uderzenia olbrzymich talerzy a fortepian wprowadza słuchacza w nowe zaułki muzyki Vangelisa z
przepiękną wieńczącą finał melodią na fortepian. Anderson znowu jest kojący i spokojny i para razem
zmierza ku satysfakcjonującej konkluzji.
Przesłanie można by streścić w słowach powtarzanych niczym refren "Peace will come / Come true Horizon".
To swoisty hymn, pełen nadziei wyrażanych przez Andersona, o zadziwiających cechach człowieka i
nawoływanie żebyśmy znowu zbudzili w sobie dziecko które w nas zginęło, co poniesie nas znowu ku emocjom
i uczuciom i w końcu ku dobru. Żarliwość z jaką to kreśli że ludzie w końcu się opamiętają przywodzi na
myśl chrześcijańskie pieśni. Pseudo religijne elementy są odzwierciedlone także muzycznie w nakładających
się chórkach przypominających kościelne śpiewy, czy radosnym biciu dzwonów.
Symfoniczno zwiewny Horizon to niesamowity epicki utwór który powoduje że rzeczywiście czujemy promyk
nadziei, że w tym okrutnym świecie coś się zmieni, swoiste życzenie pokoju w czasach wojny, muzycznie
apokaliptyczna kombinacja części cichych z pełnymi glorii i patosu. Czułość i piękno kompozycji
znakomicie koresponduje ze znaczeniem transcendentalnych tekstów.
Jakościowo płyta stoi wyżej nad pozostałymi albumami duetu. Bardziej oszczędne aranżacje, perfekcyjnie
uszyty nastrój, zwartość materiału, stylistyczna jednolitość, momentami mroczniejszy klimat niż na
poprzednich krążkach i dużo ciekawiej i w tekstach i w a to spokojnej, falującej zefirkiem a to
pompatycznej, rozpierającej mocą wichru muzyce. Brzmienie keyboardów jest bardziej nowoczesne, z ciekawym
wykorzystaniem echa, krystalicznie czystsze i płomienne niż na Friends of Mr. Cairo czy Short
Stories.
Atmosfera którą razem wytwarzają jest niezaprzeczalnie wspaniała na tej najbardziej romantycznej płycie w
ich dorobku.
Jest tu tak jak w tekście słodka muzyka ma uzdrawiającą moc. Cudowny głos, liryki i niesamowita muzyka
tworzą niepowtarzalną magię, której nie udało się już odtworzyć ani podczas niedokończonej sesji w 1986
roku ani na wydanej w 1991 roku płycie Page Of Life.
To arcydzieło nastroju.